poniedziałek, 6 grudnia 2010

Cablegate, czyli nowy "koniec historii".



Niedziela 28 listopada 2010 roku, wyciek do Internetu ponad ćwierci miliona depesz amerykańskich dyplomatów. To zjawisko tak nieprawdopodobne, że aż pojawia się pytanie czy to czasem nie celowy zabieg administracji USA. Jednak z żadnej strony nie można doszukać się nawet odrobiny motywu takiego działania. W tej sytuacji jedno jest pewne – afera Cablegate wywoła szereg mniej lub bardziej zamierzonych implikacji międzynarodowych, nad którymi warto się chwilę zastanowić.

Przeciekowe bomby

Jak pisze New York Times raporty zawierają brutalnie szczere opinie na temat przywódców państw i ich czołowych polityków oraz skrajne oceny zagrożeń agresji ze strony państw (w tym ataków nuklearnych) a także ataków terrorystycznych. Treści takie wymierzone przeciw konkretnym państwom i jednostkom mogą zabrzmieć jak bardzo poważne zarzuty, w dodatku w jednej chwili zyskują one rangę międzynarodową. W tym miejscu warto rzucić okiem na najbardziej „niebezpieczne” depesze.

Zbrodnie amerykańskie w Iraku

To chyba jak dotąd najpoważniejsze samooskarżenie amerykańskiego hegemona. Mało tego, dotąd poznane dokumenty budzące w tej sprawie niepokój to zaledwie niewielka  część tego, co ma rzekomo ujrzeć światło dzienne – zapewnił na Twitterze Assange. Śmierć niewinnych cywilów, egzekucje, tortury i złe traktowanie więźniów to przykłady licznych przestępstw na irackich więźniach, za które nikt nigdy miał nie odpowiedzieć, bowiem w amerykańskich dokumentach opatrzone zostały klauzulą „bez dalszego dochodzenia”. Sprawa wygląda beznadziejnie, tym bardziej, że inne mocarstwo, Rosja będzie wnioskować o wyjaśnienia w tej sprawie. I trudno się z takim stanowiskiem Rosji nie zgodzić - podczas gdy Amerykanie stają się panami życia i śmierci na terytorium okupowanym, polscy żołnierze pod dowództwem amerykańskich generałów (polski oddział w Nangar Khell) w jednej chwili wracają do Polski postawieni przed sąd wojskowy jako zbrodniarze.
Julian Assange - twórca serwisu Wikileaks
Bez cienia wątpliwości, ta sprawa połozy się cieniem na Stanach Zjednoczonych. Tego rodzaju potknięcie to wymarzony moment dla przeciwników, którzy zapewne będą drążyć sprawę, głównie po to, by zdewaluować autorytet USA. Już wiadomo, że nawet instytucje powszechnego zaufania mają powody, by być antynastawionym wobec Ameryki. Warto tu wspomnieć o ONZ, które według Wikileaks było dogłębnie inwigilowane przez amerykańskich ambasadorów-szpiegów (taka nomenklatura ma teraz uprawnione miejsce) oraz o Stolicy Apostolskiej, która za złe może mieć Stanom Zjednoczonym notatkę dyplomatyczną świadczącą o ogromnym rozczarowaniu wyborem na papieża kardynała Ratzingera. Należy mieć nadzieję, że będzie to dla Ameryki lekcja pokory w stosunku do suwerenności państw i godności ich obywateli. Wielce niekorzystny byłby bowiem spadek roli USA w stosunkach międzynarodowych, co oznaczałoby ich rozwarstwienie i wzrost siły innych państw, w tym głównie Rosji.

Ameryka naraża się najbardziej Rosji

Supermocarstwo, którego tajemnice z dnia na dzień wychodzą na jaw musi liczyć się z superkonsekwencjami. Najsurowsze z nich będą pochodzić od superprzeciwników – innych supermocarstw, a już wiemy , że Rosja będzie tutaj na czele. Przestępstwa amerykańskie w Iraku to tylko jeden element ataku Rosji, drugim (z czego USA gęsto się już tłumaczyło) jest subiektywne poparcie Gruzji podczas konfliktu z Rosją w 2008 roku. Według Wikileaks Amerykanie imputują Rosji zdecydowane działania na rzecz destabilizacji Gruzji i jej prowokacji, wśród których można wymienić dostawy pocisków Grad, ataki zbrojne, spiski na życie oraz kampanię dezinformacyjną wymierzoną w prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. Ponadto Stany Zjednoczone miały w przededniu wojny jednostronny, nieobiektywny obraz konfliktu wynikający z wyłącznych relacji rządu gruzińskiego. Przykładowo – 7 sierpnia 2008 miał miejsce rzekomo sprowokowany ostrzał artylerii gruzińskiej na stolicę Osetii Południowej, Cchinwali. Problem w tym, że nie ma żadnego dowodu tej prowokacji, z czego jasno wynika, że Gruzja sama przerwała rozejm, który sama zaproponowała. Amerykanie przyjęli tutaj za pewnik oświadczenie Saakaszwilego, broniące agresji gruzińskiej jako odpowiedzi na ostrzał osetyjski. W tym kontekście nie ma zasadniczego znaczenia kto zaczął, ważne jest, że wszystkie dowody wskazują przeciwko USA – choćby te podane przez obserwatorów OBWE zaprzeczających prowokacji z Osetii.
Oczywistym jest dla świata zachodniego, że Stany Zjednoczone popierają jedyną słuszną stronę, Gruzję, ale wykazując brak dowodów dla swojego rozumowania, Amerykanie sami wykonują sobie strzał w kolano. Ów bezkrytycyzm to jasny obraz dla Rosji, że USA usilnie szuka na nią haka, z wszelką cenę chce znaleźć dowody (notabene nie poparte dowodami), które w przyszłości mogą pomóc w wytoczeniu dział przeciw stronie rosyjskiej. Tymczasem szala przewagi ewidentnie przechyla się na stronę rosyjską. Co prawda nikt nie przewidział przecieku tak istotnych danych, jednak nie chcąc się pogrążać, Ameryka powinna teraz zwolnić większość ambasadorów-szpiegów a zatrudnic zręcznych dyplomatów, którzy to wszystko będą w stanie odkręcić. Jedynym zasadnym krótkoterminowym sposobem naprawy stosunków z Rosją wydaje się przede wszystkim dostarczenie opinii publicznej dowodów świadczących przeciw doniesieniom Wikileaks. Innym sposobem mogłoby być stwierdzenie, iż do mis percepcji Amerykanów doprowadziła zręczna polityka Saakaszwilego, szukającego za wszelką cenę poparcia. Jednak ten przypadek byłby skrajnie samolubny, gdyż ucierpiałaby na tym sama Gruzja i jej ewentualny akces do NATO. Nejlepszy zatem byłby optymalny sposób, który pomógł by odzyskać Stanom twarz a jednocześnie by nie wzmacniał istotnie strony rosyskiej. Poza zręczną dyplomacją wielce istotne może okazać się pozyskanie przychylności mediów, co by te nie piętrzyły dalej problemów, a pomagały w ich rozładowywaniu.

Poważne osłabienie NATO

Dwa dni po przecieku w Wikileaks, rzeczniczka NATO Oana Lungescu skomentowała takie działanie jako „nielegalne, nieodpowiedzialne i niebezpieczne". Trudno się nie zgodzic, tym bardziej że NATO bedąc typowym sojuszem wojskowym, w ścisłym znaczeniu bazuje na tajności wewnętrznych ustaleń. Bazując jednak na dostarczonych doniesieniach, Sojuszowi nie grozi na razie kompromitacja. Okazuje się bowiem, że przeciek z 28 listopada nie zawiera żadnych istotnych informacji bezpośrednio dotyczących organizacji. Doniesienia, który dały jednak wiele do myślenia, portal Wikileaks opublikował w lipcu b.r. Były to dziesiątki tysięcy doniesień dotyczących działań NATO w Afganistanie.
Mając jednak to na uwadze nie można marginalizować jednak roli J. Assange’a jako potencjalnego wichrzyciela na łonie Sojuszu. Nikt bowiem nie wie, co właściciel portalu przeciekowego ma jeszcze w zanadrzu. Czy to szefowie NATO, czy inni czołowi politycy nie będą mogli spać spokojnie, dopóki radosna działalność Wikileaks będzie niczym nieskrępowana . 

Wezwanie Arabii Saudyjskiej do zbombardowania Iranu przez USA. 

Iran mimo oficjalnego wezwania do nie traktowania poważnie rewelacji portalu Wikileaks (to zapewne ze względu na informację wyżej wymienionego portalu, jakoby nastąpił transfer technologii broni nuklearnej z Korei Północnej do Iranu) na pewno nie zignoruje wieści o poczynaniach Arabii. Choć prawdopodobnie nie zmieni się znacząco konstelacja aliansów w rejonie Bliskiego Wschodu, to na pewno król Abdullah bin Abdullaziz al Saud zdążył już dojść do wniosku, że niedawne rzekome ocieplenie stosunków z Iranem to już historia a jego kraj obok USA  i Izraela jest odtąd celem numer jeden dla potencjalnych pocisków atomowych Ahmadineżada.

Paszkwile polityczne

Angela Merkel jako teflonowa kanclerz, imprezowicz Berlusconi jako rzecznik Putina, Miedwiediew – blady i niezdecydowany zakładnik Putina. Takie i wiele innych przydomków głów państw i rządów można znaleźć w przeciekach. Co to oznacza? – W najprostszej linii rozumowania wydaje się, iż wielu amerykańskich dyplomatów szkalujących znanych polityków straci stołek i stanie się persona non grata w państwach przyjmujących. Ale stanie się to wówczas, kiedy przeproszą. Mogą również nie przepraszać i zrzucić winę na podwładnych, źle tłumaczących ich słowa. Tak czy inaczej, ambasador piszący paszkwile na polityków w państwie przyjmującym nigdy nie będzie już wiarygodny i zapewne zostanie świadomie wyalienowany wśród członków korpusu dyplomatycznego.

I co dalej?

Jednak losy samych ambasadorów nie są zapewne aż tak istotne w przełożeniu na wielkość skali tej sytuacji. Przeciek Wikileaks niewątpliwie zamknął pewien rozdział w historii świata. Stosunki dyplomatyczne państw nigdy nie będą już takie same – decydenci będą się obawiać, czy ich dane nie ulegną wyciekowi, to na pewno spowoduje w pewnym stopniu paraliż służb dyplomatycznych i trawestację ich działań. Poziom zaufania zmaleje do nieznanych rozmiarów. Bo przecież to nie tylko Ameryka ma się czego wstydzić, w tej aferze bowiem nie tylko protegowani amerykańscy wsypali siebie, ale również innych również. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz